Recenzja „When Angels Fall”- Wojtek Mazolewski Quintet

Recenzja „When Angels Fall”- Wojtek Mazolewski Quintet

Kolejny wykonawca młodego/średniego pokolenia wziął na warsztat muzykę Krzysztofa Komedy

Po Adamie Pierończyku, grupie EABS, sekstecie Sławka Jaskułke, triu Adama Bałdycha i Adama Wasilewskiego oraz kwartecie Macieja Obary za tematy mistrza wziął się nasz najpopularniejszy obecnie muzyk jazzowy – Wojciech Mazolewski – Recenzja „When Angels Fall” Wojtek Mazolewski Quintet

Po światowym sukcesie albumu „Polka” Mazolewski i jego grupa postanowili przypieczętować sukces. Najłatwiej to zrobić biorąc na warsztat sprawdzone kompozycje głośnego nazwiska. Albumy-hołdy sprzedają się doskonale pod każdą szerokością geograficzną. Nazwisko Komedy wciąż elektryzuje fanów jazzu i kina w Europie oraz Japonii. W Stanach Zjednoczonych nasz tragicznie zmarły muzyk otoczony jest sławą kultową. Zwłaszcza jego słynna „kołysanka” z „Dziecka Rosemary” Romana Polańskiego, która jest wciąż bardzo często puszczana w nocnych audycjach radiowych.https://www.youtube.com/embed/gDr4-To2YW0?feature=oembed

– Przygotowując się do tej płyty, czytałem nuty Komedy, książki i wspomnienia o nim, spotykałem się z ludźmi, którzy go znali, i odwiedzałem miejsca, gdzie mieszkał – od Poznania po Los Angeles. Chciałem poczuć, kim był i jak żył Krzysztof Komeda. To wszystko wzbogaciło ten projekt o świadomość, uczucia i emocje i powoli przynosiło efekty – aby stworzyć oryginalny materiał, pracowaliśmy z zespołem trzy lata – opowiada Mazolewski. – To płyta o życiu i śmierci, o przemijaniu i nietrwałości wszystkich rzeczy, a jednocześnie o radości i pięknie świata – dodaje.

Recenzja płyty „When Angels Fall”- Wojtek Mazolewski Quintet

Jednak płyta „When Angels Fall” nie jest typowym albumem-hołdem. Mazolewski i towarzyszący mu instrumentaliści przefiltrowali klasyczne tematy Komedy przez swoją wrażliwość oraz muzyczne fascynacje i doświadczenia. Słychać to już w otwierającym krążek utworze tytułowym, gdzie zamiast nostalgicznego komedowego fortepianu słyszymy „elektryczny” liryzm piana Wurlitzera. Elektryczny, ale bez epatowania nowymi technologiami i brzmieniami. To nostalgia i piękno bardziej zrozumiałe dla wrażliwości współczesnych słuchaczy. Bardziej zrozumiałe, ale bez taniego schlebiania ich gustom.https://www.youtube.com/embed/C83HDj6s3kQ?feature=oembed

Zresztą całe „When Angels Fall” jest bardzo współczesne. Mazolewski i jego zespół odnaleźli doskonałą równowagę pomiędzy klasycyzującym, konserwatywnym i bardzo zdyscyplinowanym brzmieniem zespołów Komedy, a swoim improwizatorskim temperamentem oraz tym, co wydarzyło się w muzyce (zwłaszcza, ale nie tylko, jazzowej) w ciągu ostatnich 50 lat.

Melancholię zastępuje romantyczny liryzm

W ich wykonaniach nie ma tej słowiańskiej melancholii charakterystycznej dla muzyki Krzysztofa Komedy. Zastąpił ją uniwersalny, czytelny pod każdą szerokością geograficzną, romantyczny liryzm. Miejsce – traktowanego niekiedy jako chłód – spokoju i zadumy oraz emocjonalnego stoicyzmu, zastąpiła wyczuwalna energia i pasja. Wyczuwalna nawet w najdelikatniejszej, najbardziej chyba poruszającej na tym albumie kompozycji „Le Départ”, z przeszywającą dreszczami partią trąbki Oskara Töröka i przejmującym fortepianem Joanny Dudy.

Niektórzy mogą zarzucić Mazolewskiemu i jego zespołowi, że odarli muzykę Komedy z tajemnicy, tego jej niezwykłego balansu pomiędzy mrokiem i jasnością, radością i smutkiem. Mogą. Ale czy ten mrok i jasność, radość i smutek nie są czytaniem kompozycji Komedy przez pryzmat jego biografii i płowiejących zdjęć? Na pewno „When Angels Fall” w żaden sposób nie niszczy piękna tych utworów. Nieprzemijającego, bo choć słuchamy ich od ponad 50 lat, wciąż robią wrażenie.

Muzyka idealnie wpasowana w gusta XXI wieku

Na pewno Mazolewskiemu udało się przenieść muzykę Komedy do XXI wieku. Bez sztywnej, akademickiej formalistyki, którą charakteryzują się niektóre z jej nowych interpretacji, za to z wieloznacznym smakiem życia, którego tak dużo było u Komedy. Bez chłodu sztywnego trzymania się partytur, za to z duchem dekadenckiej zabawy na którą prawie wszyscy mają ochotę, ale większość boi się spróbować. Dekadenckiej zabawy jaką było życie Komedy. Życie, a więc i muzyka. Choć w niej była to już zabawa nad ranem.

Najwyraźniej słuchać ją u Mazolewskiego i spółki w rozkołysanej zmysłową bosa novą kompozycji „Ja nie chcę spać”. Można w niej usłyszeć zarówno szelest kloszowych spódnic i tupot szpilek dziewczyn, które tańczyły w klubach w latach 60. XX wieku, jak i szelest balerinek młodych kobiet, które dzisiaj chcą się zapomnieć na parkiecie.

Mazolewski i jego zespół chylą czoło przez Komedą i jego dziełem. Chylą czoło, ale nie ma w tym czołobitności. Jest szacunek, nie ma uniżoności. I tylko raz, w finałowym „Ballad for Berndt”, pozwalają sobie na swoje charakterystyczne szaleństwo. Dokazują. Mogliby sobie to darować, ale być może Komeda – który ponoć był człowiekiem obdarzonym poczuciem humoru – właśnie tu uśmiechnąłby się najszerzej. W końcu w muzyce, zwłaszcza w jazzie, potrzebny jest pierwiastek szaleństwa. Bez niego nie jest muzyką, tylko muzakiem.

Okładkę płyty zaprojektował Rosław Szaybo

Ale „When Angels Fall” to nie tylko muzyka. Znakomitą okładkę płyty zaprojektował zmarły niedawno Rosław Szaybo. To ostatnia praca tego wybitnego artysty. Artysty, który przed laty zaprojektował okładkę albumu „Astigmatic” Krzysztofa Komedy a potem, w latach 70. XX wieku, kilka klasycznych kopert albumów pierwszoplanowych gwiazd rocka. Historia zatoczyła koło. Jedną z pierwszych okładek zaprojektował Komedzie. Ostatnią Mazolewskiemu i spółce grających Komedę.

„Polka” otworzyła im drzwi. „When Angels Fall” może wprowadzić na szczyt. Wojciech Mazolewski i jego muzycy stoją dziś przed wielką szansą, by zając miejsce Krzysztofa Komedy. Giganta, który rozsławił Polską muzykę popularną na całym świecie. A więc teraz muzyka do filmu Romana Polańskiego?

Wojtek Mazolewski Quintet „When Angels Fall”, Whirlwind Recordings/Agora

Rafał Pawłowski

Leave a Reply