„Erozje” projektu Błoto. Improwizacje o zerodowanych mózgach

„Erozje” projektu Błoto. Improwizacje o zerodowanych mózgach

Symbioza jazzu i rapu trwa od dekad, a „Erozje” projektu Błoto, to najlepszy dowód, jak jest owocna. Komeda i Wu Tang Clan zlewają się tu we wspólnej improwizacji.

Błoto budzi niesmak. Śliskie to, lepiące, paskudne w konsystencji, a jeszcze można w nim utonąć. Mało kto pamięta, że potrafiło też wstrzymywać wojny, ratować całe kultury, pozwalało przetrwać zagrożonym przez człowieka gatunkom fauny i flory, a nawet leczyć. W pewnym sensie zawiesina ta bywa więc rodzajem naturalnej substancji broniącej przyrodę przed człowiekiem, a czasem też samego człowieka przed nim samym. Warto w każdym razie błoto docenić, tym bardziej, że od dziś do pozytywnych aspektów błota trzeba zaliczyć też powstanie efemerycznej formacji muzycznej, której debiutancką, wydaną pod koniec kwietnia płytę, można spokojnie uznać za jedno z najświeższych zjawisk na mapie polskiego jazzu ostatnich wielu lat. Formacja nazywa się – a jakże – Błoto, wspomniany zaś krążek: „Erozje”.

Przypadkowa sesja

Powstali podobno przypadkiem. Dwa lata temu, w wolnej od koncertów chwili, czterech muzyków wrocławskiej kapeli EABS postanowiło poimprowizować. W tym celu przybyli do studia prowadzonego przez Grzegorza Skawińskiego, wyjęli instrumenty i w ciągu kilku godzin materiał był nagrany. Nie jest to może porywająca historia, ale już jej efekt, owszem. Improwizowana formuła sprawia, że choć płyta dzieli się na kilkanaście kawałków, w gruncie rzeczy, cała jest jedną, bardzo zwartą kompozycją. Zwartą, nie oznacza jednak, że jednostajną. Przeciwnie – całość to żonglerka fortepianową melancholią i porywająca funkową motoryką, przytłaczającym, psychodelicznym mrokiem i niemal apokaliptyczną wściekłością. Jak na jazz, mało tu pustych instrumentalnych popisów. Instrumenty raczej opowiadają swoją historię, czasem nawet rapują, zawsze w każdym razie mamy poczucie, że grają tu świadomi swojej wzajemnej obecności partnerzy, a nie grupa indywidualistów cierpiących na przerost ambicji.

Tym, co naprawdę w Błocie zaskakuje, to dyscyplina i kultura muzyczna. To pewnie właśnie dzięki nim udało się zespołowi osiągnąć rzecz niesłychaną – pogodzić ze sobą fanów jazzu tradycyjnego, z entuzjastami jego mniej lub bardziej awangardowych mutacji. W każdym dźwięku słychać, że muzycy uczyli się grać na klasyce – gdzieś w oddali zabrzmi i nerw Johna Coltrane’a i rzewność późnego Tomasza Stańki, a nawet Krzysztof Komeda czasem się z jakiegoś taktu wychyli. Nie przypadkiem pewnie – płyta EABS z dekonstrukcjami Komedy sporo swego czasu namieszała w środowisku. Z drugiej strony całe wątki „Erozji” to niemal gotowe hip hopowe beaty. Doskonałe zresztą, może nawet najlepsze na płycie. Pobrzmiewają w „Czarnoziemach”, czy ich rozwinięciach: „Bagnach” i „Czarnych ziemiach”. Samo w sobie zaskoczeniem to może nie jest. Hip hop i jazz wymieniają się inspiracjami na równych prawach już pewnie ponad dwadzieścia lat, a muzycy nie ukrywają, że właśnie z rapu wyrastają. Piękne jest jednak to, że największym ukłonem Bagna w stronę hip hopu jest tak naprawdę narracyjność tej muzyki. Błoto nie gra. Błoto opowiada.

Przedsionek apokalipsy

Jak łatwo się domyślić opowiada o błocie. A konkretnie o glebie. Każdy utwór nosi tytuł utworzony od innego rodzaju podłoża – są więc „Kałuże”, „Bagna”, „Rędziny”, „Bielice”… etc. Ale mamy też „Ziemie zdegenerowane przez człowieka i chyba właśnie ten tytuł pozwala najlepiej rozszyfrować „błotną” metaforę. Tytułowa „Erozja” to rozpad nie tylko, choć także, samej ziemi. Wątek ekologiczny jest ważny, ale nie jedyny. W świecie Błota rozpadowi ulega wszystko. Systemy polityczne, relacje społeczne, rozpadają się wreszcie indywidualne mózgi, wypalone łykanymi hurtowo antydepresantami. Dlatego „Erozje”, a nie „erozja”. To świat w przedsionku apokalipsy.

Przedsionek apokalipsy

„To radykalna muzyka, jak radykalne są czasy, w których została nagrana. Czasy umierającej planety, wyraźnych podziałów społecznych, mowy nienawiści, rosnącego nacjonalizmu, brutalności policji, nepotyzmu, układów politycznych. To wszystko dzieje się na naszych oczach. Następuje erozja świata, jaki znamy” – przekonują muzycy.

Czy słychać to w dźwiękach, pozbawionych przecież tekstu? Jak najbardziej. Ta muzyka rozgrywająca się pomiędzy wściekłością i pełną rezygnacji melancholią. Tęsknotą za minionym spokojem i palącą potrzebą rewolucyjnego buntu. I wszystkie skrajności bodaj najlepiej łącza się w rozbudowanych, wydających się raczej złożoną kompozycją niż improwizacją „Ziemiach zerodowanych przez człowieka”. To mroczny i lekko paranoiczny kawałek, ale znakomity. Podobnie jak cała płyta.

Błoto, „Erozje”, wyd. Astigmatic

Błoto “Erozje” – Full Album

Recenzja – Wojciech Lada

Leave a Reply