Interwał Schulza, czyli psychodeliczne tango Oranżady

"Karma Tango" Oranżada

Recenzja najnowszej płyty „Karma tango” otwockiego zespołu Oranżada.

Otwock leży tuż pod Warszawą, ale czas płynie tu inaczej. Może dlatego „Karma tango” – nowa płyta Oranżady – jest młodsza i bardziej zadziorna, choć jednocześnie bardziej wypieszczona w detalach, niż jej poprzedniczki sprzed lat.

Niech nikogo nie zmylą eteryczne brzmienia promowanego kawałka „Tyle dróg”, ani standardowe wspominki o klasycznej psychodelii spod znaku Syda Barretta, wczesnego Pink Floyd, Velvet Underground czy Jefferson Airplane! Wszystko to niby faktycznie wybrzmiewa z najnowszej płyty Oranżady, ale w żadnym wypadku taki opis nie definiuje tej wielobarwnej, a przede wszystkim bardzo intensywnej płyty. Bo „Karma tango” to rzecz przede wszystkim właśnie intensywna. Do jakichkolwiek wątków odwoływaliby się muzycy, na pierwszy plan wysuwa się niemal w każdym utworze punkowa zadra, skłonność do hałasu i zgrzytu. „Karma tango” to płyta punkowa, w jak najlepszym i najszerszym tego słowa znaczeniu. Takie przymiotniki jak „psychodeliczny”, czy „artystyczny” – jeśli ktoś się już przy nich uprze – są tylko drugoplanowymi dodatkami.

Jasne, że klasycznego punka muzycy słuchali pewnie ze dwie czy trzy dekady temu i od tego czasu ich erudycja rozrosła się do kosmicznych rozmiarów. Faktycznie mają słabość do budowania klimatu psychodelicznymi rozjazdami i transowym pulsem, lubią wysubtelnić aranżacje perkusyjnymi przeszkadzajkami, flecikami czy damskimi wokalami, co momentami nadaje utworom cokolwiek folkowego posmaku. Doskonale wiedzą, co to krautrock i postrock. Znają Can, czy Neu! Mało tego. Bez najmniejszego problemu potrafią skonstruować liryczne, niemalże beatlesowskie melodie, układając je w zwiewne, eteryczne piosenki. Takie „Here And Now” na przykład, doskonale sprawdziłoby się jako bonus choćby na „Abbey Road”.

Rzecz jednak w tym, że wszystko tu zmierza w stronę hałasu. Nawet najdelikatniejsze tematy, pod palcami muzyków w zasadzie za każdym razem narastają i puchną, stają się szorstkie i surowe, nabierają bardzo korzennego, esencjonalnie rockowego sznytu. Czasem może być on ledwo wyczuwalny, podskórny, przejawiający się lekkim gitarowym zgrzytem, czy nerwowo gęstniejącym rytmem bębnów. Częściej jednak kawałki rozwijają się po prostu do jakiejś narkotycznej improwizacji z pogranicza Sonic Youth, Shellac, czy Marka Lanegana – choć to bardzo ogólne i niezobowiązujące porównania, które warto uzupełnić o odsyłacze do klasyki czasów hippisowskich. Być może najlepiej słychać to wszystko w cudownie motorycznym „Lay Down”, ale z grubsza biorąc przewija się to w większości utworów z płyty.

„Wchodząc do studia zakładaliśmy, iż nie zagramy jak zespół indie lub pop rockowy, bo nasze instrumenty są stare, a my dodatkowo prowadzimy narrację w taki sposób, by była – jak to się mówi – retro. Ale w studio dzieją się różne rzeczy. Tym razem nagrania były robione na tzw. setkę i cyfrowo. To już kształtowało brzmienie na nieco jaśniejsze. Potem w trakcie miksów brzmienie ewoluowało pod placami realizatora Piotrka Rychlca. Wykonał nie tylko rzetelnie swoją pracę, ale też dzięki temu, że dobrze nas rozumiał, miksował materiał w taki sposób, by muzyka była zjadliwa dla większej grupy odbiorców, niż tylko fani Can. Byśmy nie zamknęli się totalnie w bańce psychedelicznego rocka z jego odłamami. To dość ciepły facet z dużym doświadczeniem w folku i popie, ale też idealnie wczuwający się w klimaty z lat 70-tych. Myślę, że wspólnie stworzyliśmy stylowe, zbalansowane, aczkolwiek niemainstreamowe brzmienie” – opowiada basista Robert Derlatka.

Mick Jagger wspominał kiedyś, że nagrywając swoje solowe płyty stara się, by były w miarę nowoczesne, ale w przypadku Rolling Stones, nie ma to już żadnego znaczenia. Ze starych, archetypowych brzmień spokojnie da się zawsze utkać coś nowego i świeżego i w zasadzie dokładnie to samo da się powiedzieć o Oranżadzie. Muzycy nie eksperymentują z brzmieniem. Zadowala ich jazgocząca gitara i motoryczna praca bębnów – nawiasem mówiąc pod względem rytmicznym „Karma tango” rozkłada na łopatki. Są jednak szalenie muzykalni i w obrębie tego skromnego, pierwotnego rockowego brzmienia potrafią zbudować niemal symfonię. Harmoniczne przeskoki, współbrzmienia, interwały… – gdyby rozpisać te utwory na partyturę, wielu muzykologów doznałoby pewnie zawrotu głowy. „Karma tango” to rzecz bardzo koronkowa i wysmakowana, o dopieszczonych detalach i niekiedy iście mozaikowej aranżacji, a jednocześnie barbarzyńsko wręcz dzika. A jak ktoś nie wierzy, niech posłucha „4 Horseman”.

„Nasze utwory to wynik kompromisu, paktu zawartego ponad słowami. Ważne jest to, by muzyka zaskakiwała, meandrowała między stylami – trochę bawiąc słuchacza, trochę go myląc i wabiąc tak, by ostatecznie nie pozostał obojętny. I myślę, że się udało. Mam wrażenie, że nawet jeśli ktoś odrzuci całość – bo mamy świadomość, że nie jest to muzyka łatwa – to jakaś część tej muzyki jednak w nim zostanie. Coś trudnego do opisania, ukrytego pod powierzchnią dźwięków. Można to nazwać chemią, choć chyba lepiej fizyką kwantową” – tłumaczy dalej Robert.

Dodaje też, że „Karma tango” jest płytą w znacznie mniejszym stopniu improwizowaną niż wcześniejsze nagrania Oranżady, a część utworów już w tym momencie jest dość stara. Niektóre były wykonywane na koncertach od lat. Z drugiej jednak strony przyznaje, że wchodząc do studia nie mieli konkretnego pomysłu na spięcie klamrą piosenek, które powstawały na przestrzeni dobrej dekady. Skoro więc efekt jest mimo wszystko tak spójny – pewien element improwizacji i spontaniczności musiał jednak się pojawić.

Muzycy Oranżady pochodzą z podwarszawskiego Otwocka. Kto tam nie był, w sumie niewiele traci – choć zatopione wśród sosnowych lasów, z pięknie meandrującym Świdrem miasteczko ma w sobie urok kurortu, którym zresztą niegdyś było. Jest trochę senne, trochę odrealnione – może kojarzyć się z klimatem „Sanatorium pod Klepsydrą” Schulza. „Karma tango” też może. Jak by nie patrzeć, w schulzowskim sanatorium udało się opóźnić czas „o pewien interwał” i to, co w realnym świecie powinno być już dawno martwe, tu pozostaje żywe i ma się całkiem dobrze. Oranżada ze swoim archetypowym brzmieniem też wydaje się cofnięta w czasie o podobny interwał, ale może właśnie przez to muzykom udaje się tchnąć w ten archetyp całkiem nowe życie. Efektem jest porcja bardzo świeżego, wielowątkowego i mocnego grania. Jedna z najlepszych alternatywnych płyt do wielu miesięcy i bynajmniej nie tylko w skali Polski.

Recenzja płyty „Karma tango” – Wojciech Lada

Foto: Alicja Dymek